Błysk, brokat, feeria barw. Cekiny, odważny makijaż, mamy karnawał! W związku z tym, jako zwierz absolutnie imprezowy postanowiłam przygotować dla Was post o najlepszych kosmetykach na balet, ten mniejszy i ten większy. Nie tylko karnawałowy. Na ten gdzie tupiecie nóżką w klubie odziane w mini kieckę i na ten, gdzie wpływacie na salony szeleszcząc taftową suknią.  Jako zwolenniczka odważnego imprezowego looku, najwięcej uwagi poświęcę tu brokatom i intensywnym kolorom, jednak miłośniczki subtelnego wieczorowego makijażu, również znajdą coś dla siebie.

BAZA NYX ANGEL VEIL

Każda z nas marzy o idealnej cerze, bez zmarszczek, śladów po trądziku, przebarwień  i innych niedoskonałości, które uprzykrzają życie i sprawiają, że w piątkowy wieczór po ciężkim tygodniu nasze lustro zamiast pogodnego „witaj, księżniczko” szepcze pełne zgrozy „zgiń przepadnij wiedźmo”…

Niestety, mało z nas ma nieskazitelną cerę, a co gorsza makijaż, który powinien kamuflować niedoskonałości, często je uwydatnia: podkład podkreśla suche skórki, a korektor, mający za zadanie tuszować zmarszczki po oczami bezczelnie się w nich zbiera eksponując je jeszcze bardziej. Chyba każda z nas, księżniczek, znalazła się w tej dramatycznej sytuacji nie raz i miast płynąć wdzięcznie wzdłuż balowej sali, kuśtykała zgarbiona mamrocząc mściwie pod nosem i raz na czas zmieniając kogoś w żabę.

Istnieje jednak pewien magiczny eliksir, która sprawi, że nawet w piątek wieczorem, po całym dniu nauki, czy pracy, wyglądać będziemy świeżo, promiennie i nieskazitelnie. Oto przed Wami baza pod makijaż NYX Angel Veil (fanfary, oklaski).  Bez dodatku oleju, o cudownie aksamitnej konsystencji spłyci wizualnie każdą zmarszczkę oraz bliznę po trądziku, wygładzi nierówność i sprawi, że makijaż przetrwa całą szaloną noc.

Zamknięta w miękkiej tubce jest bardzo wygodna w użyciu i pozwala się wycisnąć do ostatniej kropli (a jak coś przypadkiem zostanie na ściankach – nożyczki w dłoń i rach ciach). Opakowanie jest niewielkie (30 ml), ale bardzo wydajne i estetyczne – biało różowe z ładnym fontem, ślicznie wygląda na toaletce. Kosmetyk nie jest tani (69 zł), ale spokój ducha i brak przymusowych kontrolnych wizyt w toalecie z podręczną kosmetyczką są tego warte. Tak więc, królewny, bawcie się do spadu i miejcie pewność, że padając na łóżko w butach o 5 rano, obudzicie się wieczorem niczym Luz Maria, w pełnym makijażu, który nie drgnął ani o milimetr.

PALETA BEAUTY KILLER OD JEFFREE STAR COSMETICS

Skoro powiedziałyśmy już sobie, jak utrwalić przejdźmy do tego… co utrwalić.

Widzicie te wielobarwne gwiazdy? To paleta Beauty Killer od Jeffree Star. Kupiłam ją jakiś czas temu na Beauty Bay (nie była dostępna w moim ulubionym Minti Shopie) i rozpakowując ją drżałam ze strachu niczym Red Lipstick Monster, robiąca open box rozświetlacza Skin Frost tej samej firmy.

Otwierałam paczkę widząc w wyobraźni dziesiątki rąk przez które przeszła i każdego kto rzucał nią bez litości i narażał na szwank, miałam ochotę zamordować z zimną krwią. Opanowałam jednak rządzę mordu i po dłużej chwili szarpania się z nieustępliwym kartonem, moim oczom ukazał się widok absolutnie bajkowy.

Zamknięta w intensywnie różowym pudełku ze złotym tłoczonym napisem, pudroworóżowa kartonowa paleta opisana ozdobną czcionką skrywa w sobie lusterko w barokowej ramce i 10 wielkich cieni (dotarły w całości, tak! Ani jeden się nie urkuszył… atak paniki minął jak ręką odjął). W każdym z cieni wytłoczona jest gwiazda – znak firmowy Jeffree Star Cosmetics, a zestawienie kolorów jest tak intensywne i zaskakujące, że poczułam się przez chwilę jak w cukierkowej krainie z Ralpha Demolki. Z resztą, czego innego można spodziewać się po ich twórcy Jeffree Star: androgenicznej istocie, kolorowym ptaku, pięknym, chłopcu w barwnych sukienkach.

Mocno napigmentowany matowy róż sąsiaduje tu z połyskującą morską zielenioniebieskością, ciemne złoto z intensywnym fioletem, a cudowny, cielisty mat (idealnie nadający się na bazę dla osób o jasnej cerze) ze skrzącą, głęboką czernią. Powiem Wam szczerze, że paleta jest tak piękna, że na początku otwierałam ją tylko po to, żeby nacieszyć się jej widokiem i odłożyć nietkniętą do szuflady. Dopiero po jakimś czasie odważyłam się przeciągnąć pędzlem po tłoczonych gwiazdach i zmalować najbardziej szalony makijaż w swojej amatorskiej karierze.

Paleta obiektywnie kosztuje sporo (ok 185 zł na www.beautybay.com), ale biorąc pod uwagę rozmiar cieni i ich świetną jakość doszłam do wniosku, że król Jeffree i tak potraktował nas łaskawie. Wszystkie z Was, które kochają nieprzeciętny odważny look, lubią eksperymentować i czują, że dzięki tej palecie będą mogły wyczarować coś totalnie nowego – musicie ją mieć. A jeśli boicie się, że dopadnie Was potem buyer’s remorse, zawsze możecie zwalić winę na mnie i mój blog.

TUSZ DO RZĘD FALSE LASH X FIBER OD L’OREAL PARIS

Doczepianie rzęs? Dla wielu z Was to totalny pain in the ass. Efekt jest spektakularny, to fakt, ale nie wszyscy umieją to robić, a dobre sztuczne rzęsty, które wyglądają ładnie i naturalnie to dość droga zabawa. L’Oreal wyszedł z propozycją czegoś pomiędzy. Mascara składa się z dwóch pojemniczków i szczoteczek, które różnią się od siebie kształtem. Po jednej stronie mamy czarną bazę pod tusz, po drugiej właściwą mascarę z wtopionymi włóknami, które przywierają do bazy i otulają nasze naturalne rzęsy, sprawiając, że są gęstsze, dłuższe i teatralnie wyraziste.

Pomysł jest świetny i działa, mascara ma jednak jedną małą wadę: tendecję do osypywania. Jeśli szykujecie się na całonocne tańce, jest szansa, że po kilku godzinach z królowych wieczoru przepoczwarzycie się w słodkie pandy. Wejście smoka macie jednak gwarantowane, a jeśli później zamienicie się w szalejącego na parkiecie niedźwiedzia bambusowego, to i tak Wasz zachwycony partner najprawdopodobniej tego nie zauważy.

Mascara ma bardzo ładne ciężkie opakowanie w metalicznym fioletowym kolorze i fajny kształt szczoteczek, choć zdecydowanie lepiej byłoby je ujednolicić i tej do aplikacji tuszu również nadać formę klepsydry – odkąd spróbowałam mascary Better Than Sex od Too Faced stałam się ortodoksyjnym wyznawcą aplikatorów w tym kształcie.

Jeżeli postanowicie przetestować mascarę pamiętajcie o jednym: po nałożeniu bazy nie czekajcie aż wyschnie. Zostawcie ją na rzęsach na czas potrzebny na pomalowanie drugiego oka, a następnie na wciąż wilgotną nałóżcie tusz. Dzięki temu efekt, który uzyskacie będzie jeszcze lepszy i bardziej dramatyczny, a kosmetyk będzie mniej podatny na osypywanie.

False Lash X Fiber plasuje się cenowo na wyższej drogeryjnej półce: w Rossmanie znajdziecie ją teraz za 53, 59 zł. Czy warto? Jeżeli lubicie nowe ciekawe rozwiązania i fajny efekt – jak najbardziej. Jeżeli jednak liczycie na jakość adekwatną do ceny– możecie się rozczarować. Znam mascary droższe i jakościowo gorsze, znam jednak i tańsze, które lepiej trzymają się rzęs i mniej kruszą. Więc o ile paletka Jeffree Star i baza NYX są stuprocentowo Mymoodbook approved o tyle False Lash X Fiber niestety nie stanie na podium.

ARTIST ACRYLIP LIQUID STAIN OD MAKEUP FOREVER #922 ELECTRIC FUCHSIA

Gdy nastał szał na matowe pomadki stałam się ich psychofanką, do tego stopnia, że wszystkie błyszczyki wylądowały na dnie szuflady, a ich miejsce zajęły dziesiątki matów począwszy od tych w formie stałej (Inglot, Urban Decay i tak dalej) po płynną (Huda Beauty, Jeffree Star, Too Faced, NYX, Sehora, Golden Rose, dobra koniec z tą litanią bo wszystkie mi tu zaśniecie. Dodam tylko, że wciąż jeszcze nie posiadam żadnej pomadki Kylie choć choruję na nie od dnia ich narodzin. W końcu bądą moje. Wszystkie. My preciousssss…..).

Miłość do matów wydala się jednak błahą fanaberią, gdy pewnego mroźnego ranka wstąpiłam niebacznie  do butiku Makeup Forever przy Mokotowskiej. Tak, wstąpiłam, a co. Mimo, że odkąd wydałam tam lekką ręką 500 zł obiecałam sobie, że noga moja więcej w nim nie postanie. A jednak postała. Nawet dłuższą chwilę. Postały. Obie. Jakżeby inaczej. I wcale nie czuję się winna. Ani trochę. No może trochę.

Z półki otagowanej -50% śmiały się do mnie kosmetyki w najróżniejszych kolorach i kształtach, lecz moją uwagę przyciągnął tylko jeden. Opakowanie zamknięte intensywnie amarantową nakrętką wyglądało jak tubka jaskrawej farby, a otwarte ukazało płynną pomadkę w kolorze fuksji i o zapachu landrynek.

Artist Acrylip Liquid Stain ma gęstą, silnie napigmentowaną lecz zarazem lekką formułę, w przeciwieństwie do wielu innych podobnych pomadek płynnych, które konsystencją często przypominają miód. Jest odrobinę lepka lecz jednocześnie oleista, przez co dobrze się nosi, choć oczywiście czuć ją na ustach. Zawsze byłam przekonana, że pomadki tego typu z zasady są nietrwałe – prędko się ścierają i po godzinie nie ma po nich śladu. Moja „farbka w tubce” okazała się jednak całkowicie temu przeczyć. Nałożona na usta, mimo, że nigdy nie zastyga, potrafi przetrwać długie godziny bez kolejnych poprawek. Ściera się ładnie i w miarę potrzeby możemy spokojnie dokładać kolejne warstwy bez obaw, że zrobimy z siebie potwora.

Zarówno jej nazwa jak i oryginalne opakowanie nawiązują oczywiście do tubek akrylowej farby, która nadaje pomalowanym obiektom podobny połysk. Kolor natomiast jest tak nieziemsko intensywny, że decydując się na Artist Acrylip, możemy spokojnie zrezygnować z cieni, lub innych kolorowych akcentów makijażu. No chyba, że chcemy pobyć pawiem. Bo możemy. A co. Kto nam zabroni.

Cena pomadki to 115 zł w Sephora więc tanio nie jest, jednak jej formuła jest na tyle innowacyjna i zaskakująca, że nawet tak ortodoksyjny wyznawca matów jak ja dał się uwieść. Jakość ma świetną, zapach cudny i z ręką na sercu obiecać Wam mogę, że wycisnę ją do ostatniej kropli i kupię następną.