Z

nacie piosenkę Taco Świat jest WFem z mojej ukochanej płyty Marmur (R.I.P. Taco, może jeszcze powrócisz w dawnym stylu bez tandetnej elektroniki i słabych tekstów…). To oczywiście metafora, ale jakby potraktować ją dosłownie i zmienić rodzaj z męskiego na żeński to wersy:

Przecież to dla pani robię pompki
Jestem słaby raczej. Póki co na obie rączki
Moje treningowe plany, ciągle coś je mąci
Chcę czarnej trasy, a zdobywam pługiem ośle łączki
Oni lecą, machają kijem i kreślą ślady
Ja ledwo dyszę, mam czarną ślinę i niedowłady
Niech oni ryczą, ganiają, biją i rzeźbią zady
Ja z Panią usiadłbym w kinie pijąc dwie lemoniady

byłyby o mnie.

O DZIEWCZYNCE, KTÓRA NIENAWIDZIŁA WUEFU

WF, jak zapewne większości z Was urodzonych w szalonych latach osiemdziesiątych, kojarzy mi się tylko ze skakaniem przez kozła lub skrzynię (how oldschool is that…), horrorystycznym wiszeniem na drabinkach do porzygu, fikołkami na obskurnych materacach ze skaju i śmierdzącą szatnią.

Kojarzy mi się również, co zapewne wszystkim wyda się zupełnie absurdalne, z graniem w siatkówkę dmuchaną piłką plażową, ponieważ, jako uczennica dziennej szkoły muzycznej, uważać musiałam na swe cenne paluszki, które połamane lub wybite na niewiele by się zdały.

Gier zespołowych nie lubiłam nigdy gdyż cechujący mnie słaby refleks i lekki w owym czasie flegmatyzm sprawiały, że często zawodziłam swoją drużynę, której rządne zemsty członkinie spychały mnie na klasowy margines społeczny, na którego obrzeżach i tak rezydowałam od zawsze w swych rogowych okularach, skudłaconych sweterkach, fryzurą od garnka i lekką nadwagą.

W liceum los mój nieco się odmienił, sweterek wylądował w koszu, warkocze (serio, nosiłam dwa smutne warkoczyki w wieku 15 lat, nie pytajcie dlaczego…) szybko zostały ścięte, a nowe Martensy i makeup (o ile tapeta, którą nosiłam wówczas na twarzy zasługuje na to zaszczytne miano) zrobiły robotę. I choć duży tyłek pozostał, klasowy Dream Team przyjął mnie jak swoją, a sala gimnastyczna odeszła w zapomnienie zastąpiona ścianką, aerobikiem i innymi fizycznymi aktywnościami wśród akcesoriów znacznie bardziej atrakcyjnych niż zatęchłe wyposażenie podstawówkowej hali.

Zaszczepiona za młodu niechęć do aktywności fizycznej pozostała jednak we mnie do dnia dzisiejszego i każda próba jej podjęcia, wykonana z niemałym wysiłkiem, kończyła się zawsze druzgocącą klęską, począwszy od jazdy na nartach, którą zarzuciłam jak tylko zdałam maturę i zyskałam możliwość podejmowania samodzielnych decyzji poza rodzicielskim nadzorem, a skończywszy na treningu na siłowni, który zaczęłam z pełnym zapałem łudząc się, że wytrwam, i przerwałam dwa miesiące później.

DLACZEGO SIŁOWNIA PRZERAŻA

Siłownia to  temat rzeka i powodów, dla których boimy się treningów, bądź tracimy zapał, jest mnóstwo. Najczęstszą obawą, wspólną wielu z nas, które „chcą wziąć się za siebie i być fit” jest strach przed oceną innych. Oczami wyobraźni widzimy opalone kobiety o pięknie wyrzeźbionych fit ciałach obleczonych w najnowszą kolekcję Stelli McCartney i trenerów o urodzie Kena, którzy spoglądają na nas z nieskrywaną pogardą, gdy nieudolnie gramolimy się na bieżnię lub orbitrek w zestawie z HM sprzed trzech sezonów.

Innym czynnikiem zniechęcającym jest brak jasnych wskazówek co i jak na tej siłowni robić. I nawet gdy pokonamy strach i przekroczymy wrota piekieł to i tak najpewniej ograniczymy się do bieżni, czy rowerku bo wstyd nam będzie zapytać trenera (a jednak! jednak wygląda jak Ken, ratunku!) co dalej.

Wierzcie mi, byłam tam. Cenną umiejętność ignorowania „co inni pomyślą” nabyłam dopiero po trzydziestce, więc jeszcze całkiem niedawno wizyta na siłowni wiązała się z nie lada traumą, zaś zaszczepioną w podstawówce niechęć do sportu, której nie zwalczyłam nigdy, pozwoliło mi przezwyciężyć dopiero spotkanie z trenerem fitness Damianem Zapartem (https://www.instagram.com/zaparttrenuje/) (https://www.facebook.com/damian.zapart.58 ) 0 którym chciałabym tutaj kilka słów napisać.

DAMIAN ZAPART: TRENER, KTÓRY WIE CO ROBI

Poznaliśmy się jakiś czas temu na Instagramie który, wbrew powszechnemu błędnemu przekonaniu, często łączy ludzi, kruszy wirtualne mury i przenosi przyjaźnie do realu. Damian Zapart, nie zniechęcony tym, że wykręcam się kontuzją, namawiał mnie do „powrotu” na siłownię tak mądrze i nienachalnie, że po kilku miesiącach wahania (tak! był wytrwały!) zdecydowałam się na wspólny trening.

Nie macie pojęcia jak bardzo cierpiałam na myśl o czekających mnie hantlach, przysiadach i wykrokach. Od rana wmawiałam sobie, że jeszcze mogę zrezygnować, i że siłownia nie zając (obiektywna prawda przecież), dopóki nie przyznałam sama przed sobą, że odwoływanie spotkań w ostatniej chwili to świństwo, co, jako była nauczycielka angielskiego, powinnam wiedzieć najlepiej („proszę pani, jednak dzisiaj nie mogę”, „no ok, szkoda, że mówisz 5 min przed lekcją, bo po pierwsze jechałam do Ciebie godzinę, po drugie jestem 2 stówy w plecy”). Zarzuciłam więc torbę na ramię i pełna obaw wyszłam z domu, by za 20 minut uścisnąć dłoń uśmiechniętemu człowiekowi, który powitał mnie tak ciepło i serdecznie, że wszystkie obawy zniknęły.

Personalny trener fitness to obecnie niebezpiecznie popularny zawód. Mówiąc o niebezpieczeństwie mam na myśli szeregi pseudotrenerów, którzy po trzytygodniowych szkoleniach uważają się za gotowych do odbywania treningów i nie zdają sobie sprawy z tego jak wiele krzywdy mogą wyrządzić. Ale Damian Zapart to trener z prawdziwego zdarzenia, który na Wydziale Wychowania Fizycznego na warszawskiej AWF z dwuletnią specjalizacją z kulturystyki zrobił licencjat i magisterkę, zdobywając specjalizację Trenera II Klasy. Mówi, że wiedzy jest tyle, że rozwija się cały czas, robiąc kolejne szkolenia m.in. z Treningu Rehabilitacyjnego, Treningu Medycznego (Fitness University), Treningu Funkcjonalnego (kurs S4 w Warszawie), Zdrowego Kręgosłupa (szkolenie wewnętrzne Calypso), Żywienia i Suplementacji w Sporcie (Warszawska Akademia Sportu) oraz Kształotwania Kobiecej Sylwetki (Polski Związek Trenerów Personalnych). Ukończył również kurs masażu I i II stopnia, specjalistyczne warsztaty dotyczące poszczególnych stawów i szkolenia z zakresu dietetyki.

TRENING Z DAMIANEM, CZYLI FITNESS Z PRZYJACIELEM

Zapytany przeze mnie dlaczego wybrał ten a nie inny zawód odpowiada: ludzie. „Zawsze wiedziałem, że chcę pracować z ludźmi, podoba mi się, że pomagam im przełamywać ich lęki, bariery i kompleksy, które stoją na drodze do wymarzonej sylwetki i zdrowego ciała. Poza tym sport to moje życie, od dawna byłem z nim związany, przez 11 lat grałem w koszykówkę i przez długi czas uprawiałem lekkoatletykę. Zdrowym stylem życia interesowałem się od zawsze, sporo czytałem na ten temat i jeszcze w szkole zgłębiałem temat na własną rękę”.

Damian Zapart to człowiek, dla którego największą wartość stanowią relacje międzyludzkie. To, co najbardziej cieszy go w uprawianym zawodzie to dobry kontakt z podopiecznymi, który pomaga w osiąganiu wymarzonych rezultatów.

Damian słucha ludzi, doskonale wie czego oczekują od treningów, które są nie tylko „wyciskiem”, ale też dobrą zabawą. Klienci stają się jego dobrymi znajomymi, z którymi wspólnie przeżywa trudności w pracy, czy w życiu osobistym. Z wieloma podopiecznymi, z którymi zakończył już współpracę, ma nadal świetny kontakt – często spotykają się na kawę lub umawiają na wspólne treningi. „Wiele osób, które są dziś ważne dla mnie w życiu prywatnym, poznałem właśnie na siłowni. To pokazuje jak sport łączy” – mówi Damian. – „Poznaję mnóstwo ciekawych ludzi, mają niesamowite pasje, pracują w interesujących zawodach, uwielbiam z nimi rozmawiać

Zawsze wiedziałem, że chcę pracować z ludźmi, podoba mi się, że pomagam im przełamywać ich lęki, bariery i kompleksy, które stoją na drodze do wymarzonej sylwetki i zdrowego ciała. Poza tym sport to moje życie, od dawna byłem z nim związany, przez 11 lat grałem w koszykówkę i przez długi czas uprawiałem lekkoatletykę. Zdrowym stylem życia interesowałem się od zawsze, sporo czytałem na ten temat i jeszcze w szkole zgłębiałem temat na własną rękę”.

Ale zawód trenera bywa również trudny. „Treningi odbywają się o bardzo różnych porach i niełatwo jest ułożyć sobie dzień. Staram się być niemal zawsze pod telefonem i służyć pomocą, nieraz muszę przeorganizować swój wolny czas” – opowiada Damian. – „ Poza tym nie lubię wstawać wcześnie. Mój dzień zaczyna się często przed 6 rano, a kończy po 22. W przerwach między treningami przygotowuję się do kolejnych rozpisując ćwiczenia, odpisuje na wiadomości… Zdarza się, że zmęczenie daje o sobie znać”.

Ale nie tylko to jest problemem. Świat fitness jest mocno zakłamany i klienci oczekują często nierealnych rezultatów. „Niestety, współczesne media pokazują nam nierzeczywisty obraz ciała, mówią, że będzie łatwo, że wystarczy łyknąć to i owo i parę razy skoczyć na siłownię, by wyglądać rewelacyjnie. To gigantyczna ściema, bo podstawą są regularne treningi i zdrowa dieta. Owszem, można też wybrać drogę na skróty i się naszprycować, ale jestem temu zdecydowanie przeciwny. Stawiam na całkowitą naturalność i wielu moich klientów przekonuje się, że właśnie takie podejście daje najlepsze rezultaty”.

Ja Damianowi dziękuję przede wszystkim za przełamanie mojej sportofobii i za to, że po raz pierwszy w życiu chodzę na siłownię z radością. Już po kilku treningach widzę jak zmienia się moje ciało, staje się silniejsze, bardziej wytrzymałe. „Patrz, ostatnio trzymałaś deskę 45 sekund a teraz już 1,5 minuty” – mówi z dumą Damian Zapart. Obiektywnie nie jest to wielki wyczyn, ale mój trener stwierdza to w taki sposób, że nie posiadam się ze szczęścia. To właśnie m.in ta wspólna radość z bardzo drobnych sukcesów i widoczne rezultaty sprawiają, że treningi z nim są tak wyjątkowe.