Mieszkałam w wielu miastach: w Krakowie, w Berlinie, w Londynie, w Delhi. Wszystkie te miejsca mają właściwy im, niezapomniany klimat, silny, indywidualny charakter. Jednak tylko tu, w Warszawie, czuję się naprawdę szczęśliwa.

Kraków, leniwy i dekadencki

Zlepek różnych, silnie zdefiniowanych światów, z knajpami w zatęchłych piwnicach i szarym, ciężkim świtem pachnącym smogiem i kacem. Stolica studentów tłoczących się w punktach ksero, jedzących chleb z pasztetem przepijany tanim winem, gdy kończą się domowe słoiki i królestwo leniwych, rozpuszczonych dzieciaków, lokalnych utracjuszy z „dobrych krakowskich rodzin” balujących za hajs matki i mieszkających z rodzicami do trzydziestego roku życia.

Miasto hosteli, weekendowa imprezownia dewastowana z lubością przez tłumy zapijaczonych uczestników wieczorów kawalerskich z różnych zakątków globu oraz punkt fascynującego międzykulturowego dialogu prowadzonego przez turystów nawiązujących znajomości przy barowych ladach, studentów na wymianach i mądre głowy ze wszystkich stron świata goszczące na konferencjach, odczytach i wykładach.

Królestwo snobizmu i arystokracji ducha. Gniazdo pretensjonalnych samozwańczych poetów i filozofów, sunących utartym szlakiem od domu do ulubionej knajpy krokiem dumnym niczym stado pawi, by podlać alkoholem melancholię lęgnącą się w zakamarkach ich znękanej duszy oraz mekka ludzi prawdziwej, wrażliwej, pięknej sztuki: miasto Wisławy Szymborskiej, Adama Zagajewskiego, Sławomira Mrożka, Czesława Miłosza, Andrzeja Wajdy i wielu innych o zachwycających umysłach, cudownym poczuciu humoru i mądrych, szlachetnych sercach.

W Krakowie życie można smakować, ponieważ toczy się powoli, większość czasu spędza się na spacerze, bo odległości są tak małe, że „szybciej na piechotę”, a turyści chodzą z zadartymi głowami – budynki są zbyt piękne, by patrzeć pod nogi. To moje miasto i zawsze będę je kochać, choć bywa ciężkie i przytłaczające, o atmosferze lepkiej i gęstej jak budyń  i nigdy nie zapomnę uczucia ulgi, które towarzyszyło mi kiedy opuszczałam je, jadąc w wieku 25 lat na Erasmusa do Londynu. Miejsca, w którym zakochałam się bez pamięci.

 

Londyn, moja miłość od pierwszego wejrzenia

Pojechałam tam na studia, nieświadoma tego jak bardzo to miasto mnie odmieni. Oszołomiona lotem, dałam ponieść się rzece ludzi w stronę pociągu, który dowiózł mnie do stacji londyńskiego metra – połknęło mnie i wypluło w dzielnicy Wood Green, gdzie mieścił się mój akademik; tęsknię za nią po dziś dzień.

Okruchy i skrawki wspomnień z tamtego czasu, które przetrwały w mojej pamięci, to chaotyczny jaskrawy kalejdoskop wielkich emocji (przyjaźni, miłości, tęsknoty i odurzającej wręcz radości), oszałamiających, nieznanych zapachów i smaków (intensywna woń Guthki zażywanej przez mieszkających na Wood Green Indusów, aromaty orientalnych potraw, przyrządzanych przez zamieszkujących akademik Pakistańczyków, którzy stali się potem moimi najdroższymi przyjaciółmi), błysk syntetycznych kolorów, zdobiących chusty Afrykanek i sari indyjskich kobiet, melodię nieznanych mi dotąd dźwięków (przepiękna poruszająca modlitwa muezina, muzyka grana w korytarzach metra, cudowna wielość języków: płynąca wśród ulic pieśń wielokulturowości).

Kochałam to miasto. Jak jeszcze nigdy żadnego na świecie. I nigdzie nie czułam się tak bardzo w domu. Jeżeli można powiedzieć, że gdzieś odkryłam siebie i poznałam od zupełnie nowej, nieznanej mi dotąd strony, to właśnie tam. Czułam się wolna i  szczęśliwa, zrodził się we mnie niezaspokojony głód poznawania nowego świata. Los postawił na mojej drodze ludzi, którzy wywrócili moje życie do góry nogami, sprawiając, że spojrzałam na rzeczywistość poprzez pryzmat ich kultury. Dzięki ich otwartości weszliśmy w piękny międzykulturowy dialog, uczyłam ich patrzeć moimi oczami, oni mnie – patrzeć sercem . To dzięki nim udało mi się wyjechać do Indii i napisać książkę o kinie Indyjskim, pozornie błahym i śmiesznym, którego prawdziwy sens i głębię odkryli przede mną właśnie oni.

Delhi, przedsionek piekieł i rajski ogród

Miejsce pozbawione tego, co pomiędzy, jedność skrajności. Najczystsze duchowe i fizyczne piękno spotyka się tu ze ekstremalną brzydotą, koszmarem i ohydą. Ta fascynująca symbioza dobra i absolutnego zła, rozedrgana, histeryczna atmosfera tego miejsca, upał, obezwładniająca ilość bodźców atakujących zmysły: ostrych zapachów, oślepiająco jaskrawych kolorów, ogłuszającego zgiełku i nieustannego dotyku ludzkich ciał przenosi w inny, nowy, nieznany wymiar.

Wyświechtany slogan: „Indie kocha się albo nienawidzi” stał się dla mnie w pełni  zrozumiały. Ja oczywiście znalazłam się wśród tych, którzy zakochali się w nich na zabój. Nie do końca potrafię określić, czym tak naprawdę mnie uwiodły. Wszystko zaczęło się od kina Bollywood, które poznałam będąc jeszcze w Polsce i które zachwyciło mnie do tego stopnia, że postanowiłam napisać o nim książkę. Potem był Londyn z Razą i Oanem, Pakistańczykami którzy przybliżyli mi kulturę Indii i sprawili, że pojechałam tam bez żadnych uprzedzeń, pozbawiona wszelkich stereotypów, z otwartym sercem i umysłem. Ale nawet największa otwartość i głód poznania, nie przygotują na spotkanie z tym przedziwnym uniwersum, którego nie sposób opisać.

Chłonęłam to miasto każdą cząsteczką siebie, zafascynowana tym, co tak obce, tajemnicze i nieznane i z każdym dniem czułam, że rozumiem je coraz mniej, i że tak naprawdę nigdy naprawdę nie poznam.

Berlin, tu wszystko jest możliwe

A przynamniej tak czułam płynąc w kolorowym tłumie wydziaranych hipsterów, kolorowych miłośników techno, pracowników banków i korporacji, noszących dumnie na wierzchu swoje kolorowe tatuaże zarówno wewnątrz jak i poza biurem, bo mogli. Mieszkałam przy stacji Goerlitzer Bahnchof w samym sercu Kreuzbergu, uznawanego za rewir artystów, w lekko zapuszczonym, ale pięknym mieszkaniu mojego kuzyna Niemca. W dzielnicy pełnej najróżniejszych wyznań, kolorów skóry i handlarzy haszem panowała cudowna atmosfera absolutnego luzu i lekkiego odrealnienia.

Uwielbiałam Oranienstrasse z najlepszą restauracją Indyjską na świecie, cudownym tureckim sisha barem i  tysiącem lekko zapyziałych knajpek o bardzo alternatywnej klienteli, okolice Kottbusser Tor i wspaniały targ warzywny, na którym namiętnie robiłam zakupy, oraz, a w zasadzie przede wszystkim: Warschauer Strasse i mieszczący się na niej raj dla wielbicieli muzyki elektronicznej Watergate Klub, z widokiem na rzekę i wschód słońca, które witało najwytrwalszych bywalców o wczesnych porannych godzinach. Bywałam tam co tydzień, mimo że wstęp kosztował do 15 euro, często sama, kiedy dziewczyny odpadały po ciężkim tygodniu lub stwierdzały, że żal im hajsu.

Właśnie, dziewczyny, nasz mały gang… Kurdyjka, Filipinka, Wietnamka i Nikaraguanka, które poznałam na kursie w szkole językowej oraz moja przyjaciółka, która przyjechała do mnie z Polski stanowiły dość abstrakcyjną lecz bardzo zgraną mieszankę. Clubbing, wspólne posiłki, picie w parku (bo w Berlinie nikt nikogo za picie nie spisuje, totalna wolność i miłość) to wszystko robiłyśmy razem dogadując się świetnie po niemiecku (coś, co teraz wydaje mi się kompletnie niewyobrażalne).

A skoro już mowa o niemieckim: jeżeli ktoś kojarzy go tylko z hitlerowcem drącym się twardym „Haende hoch” powinien zweryfikować swój pogląd na mowę, która w ustach młodego pokolenia jest piękna, miękka i płynie. Zakochałam się w niej tamtego lata i uznałam za jeden z najpiękniejszych europejskich języków.

Warszawa, moje miasto

Najukochańsze, najcudowniejsze. Zawsze uważałam, że ktoś, kto znalazł swoje prawdziwe miejsce na ziemi jest mega szczęściarzem. Mnie się udało. Oczywiście, kocham podróże, jak niemal każdy. Ale tylko tutaj – w moim mieście pełnym łysych dresiarzy, Legionistów w szalikach, wąsatych wytatuowanych hipsterów i korpoludków z butem do szpica i włosami na żelu, usianym blokowiskami, ze straszliwym Targówkiem po jednej i paskudnym Ursusem pod drugiej stronie, lecz jednocześnie tak pięknym, wzruszającym i melancholijnym, o niesamowitej historii, ufundowanym na prawdziwej miłości i poświęceniu- tylko tutaj czuję się naprawdę w domu.

Kocham go za cudowny zielony Żoliborz i bulwary Wiślane, za hispterski Zbawix z Charlottą, Karmą oraz nieśmiertelnym Planem B – miejscem najdzikszych wiks, za piękny klimatyczny Mokotów – z obskurną, ale jakże kochaną starą Regeneracją, z którą związane są moje najbardziej szalone i abstrakcyjne wspomnienia,  przytulnym Relaksem, przepyszną Śniadaniownią i śliczną ulicą Wiśniową, gdzie zaczęła się moja warszawska przygoda. Uwielbiam Powiśle, z jego klimatycznymi zakątkami, lubię nawet dość bezduszne Kabaty, gdzie przeżyłam dziwne 2 lata, które z perspektywy czasu wydają się tylko snem.

To w Warszawie poznałam najciekawszych ludzi, którzy ukształtowali mnie na nowo, odkryłam nowe pasje i nieznany mi dotąd smak życia.