Po miesiącu, podczas którego bezskutecznie starałam się stworzyć, ba! chociażby zacząć ten oto post w nadziei, że dokończę go w najbliższym czasie, zdjęta nagłym przypływem twórczego szału, zasiadłam na kanapie, niczym na samotnej wyspie wśród wzburzonego morza walających się po podłodze ciuchów oraz kosmetyków wypływających z przepełnionych szuflad toaletki.

Wena jest jednak bezlitosna, nie zna dnia ani godziny, o czym każdy o jakichkolwiek aspiracjach bardziej lub mniej literackich świetnie wie. Nie czas na sprzątanie, gdy muza puka do drzwi umysłu zgalareciałego nieco przez nadmiar seriali dla nastolatek, Dynastii, glośnych imprez i braku snu! Tak więc, dziś polecę Wam wreszcie kosmetyki, które zdobyły moje serce na zawsze, i którym po grób będę wierna. A przynajmniej tak mi się dzisiaj wydaje. Nie będą to ulubieńcy grudnia, stycznia, czy lutego, będą to ulubieńcy roku 2018, 2019 i lat, które po nich nastaną. Oto, przedstawiam Wam!

PALETA SULTRY OD ANASTASIA BEVERLY HILLS

paletka Sultry od Anastasia Beverly Hills

To obok Soft Glam, o której napiszę w drugiej cześci cyklu Everlasting Love, najlepsza paleta cieni ze wszystkich w mojej kolekcji (a wierzcie mi, posiadam ich wiele – ci, co oglądają moje Insta Story wiedzą najlepiej). Ma oczywiście kilka minusów: kasetka, która choć ładna i błyszcząca, przypomina fakturą papier ścierny, a co za tym idzie rysuje opakowania innych palet ułożonych skrzętnie obok siebie w pudełkach ShinyBox, lub formuła cieni, które już po pierwszym użyciu wyglądają jak siedem nieszczęść i sprawiają, że Sultry utytłana w szaroburym pyle przypomina bardziej tanią kolorówkę z bazaru niż ekskluzywny produkt z górnej półki w Sephora. Ale cóż, jak to mawiają, nie można mieć wszystkiego (choć czasami można), toteż skupmy się na tym co najważniejsze.

Zacznę od pigmentacji, pod względem której Sultry nie ma sobie równych – wystarczy delikatnie musnąć cień pędzlem, żeby nałożyć odpowiednią ilość koloru, który blenduje się jak masełko nie pozostawiając smug i plam. Tu jednak muszę Was ostrzec – jeżeli nałożycie go za dużo w przeciągu sekundy zamienicie się w turbo pandę i cały makijaż szlag trafi. Trudno bowiem jest pozbyć się nadmiaru pigmentu tak intensywnego, i wierzcie mi na słowo, wszystkie próby kończą się fiaskiem i histerią, zwłaszcza kiedy taksówka stoi już pod domem, a mąż nerwowo drepcze w przedpokoju.

Sultry wymaga czułości i wyczucia i zapewniam Was, że odwdzięczy się tym samym– makijaż który dzięki niej stworzycie, będzie nie tylko piękny ale również trwały: nie znam cieni, które dłużej utrzymywałyby się na powiekach, więc pamiętajcie, by po powrocie do domu sięgnąć po płyn dwufazowy, zwłaszcza w przypadku tych foliowo-brokatowych: jednych z najlepszych, z którymi miałam do czynienia. Są tak kremowe, że ani klej ani korektor nie będą Wam potrzebne, wystarczy mokry pędzel.

W palecie znajdziecie jedną brzoskwinkę, czerń, trochę szarości i brązy, które pozwolą Wam stworzyć zarówno makeup dzienny jak i mocny wieczorowy look w zależności od potrzeby i humoru.

Moja ocena – 9/10

Jeden punkt ucinam, bo… no halo Anastasia. Wiem, że nie sądzi się książki po okładce (choć i tak każdy z nas sądzi, mimo że nie chcemy się przyznać) ale papier ścierny i brokatowo pudrowe cmentarzysko are not really my thing.

Cena: 219 zł.

KOREKROR SHAPE TAPE OD TARTE COSMETICS

korektor Shape Tape od Tarte Cosmetics

Nie wiem o co chodzi z tymi opakowaniami i dlaczego twórcy moich ukochanych kosmetyków skazują je na cierpienie upychając w nieodpowiednich pudełkach i butelkach, ale w przypadku Sultry i Shape Tape problem jest podobny. Śliczna ciężka buteleczka o pięknej złotofioletowej nakrętce, zawierająca najlepszy korektor na świecie, po kilku użyciach zamienia się w paskudny kawał plastiku obklejony zaschłymi resztkami produktu.

Nie znam się na fizyce więc nie wiem jak nazwać tę wadę konstrukcyjną i z czego wynika fakt, że kosmetyk zawsze wypływa buzując i kipiąc jak wulkan. Wiem natomiast, że po wieki wieków gotowa jestem chować irytację do kieszeni w imię pięknego, znanego z dzieciństwa zapachu geranium, który roztacza się z wyżej wspomnianej piekielnej buteleczki oraz ­cudownie aksamitnej konsystencji samego Shape Tape (w idealnie dobranym do mojej trupiobladej karnacji odcieniu fair), który pokrywa grubą warstwą sińce pod oczami sprawiając, że po nieprzespanej nocy wyglądam jak Fallon Carrington na codzień.

Co więcej korektor nie wchodzi w moje głębokie mimiczne zmarszczki pod oczami (trzeba było brać przykład z Fallon i nie szczerzyć się tyle), co w przypadku produktów tak ciężkich, jest naprawdę rzadkie. I choć cena niska nie jest, to opakowanie jest spore i starcza na minimum pół roku.

Moja ocena: 9/10

Cena: 169 zł.

SPRAY UTRWALAJĄCY ALL NIGHTER OD URBAN DECAY

spray utrwalający All Nighter od Urban Decay

Dla wszystkich z Was, które lubią ostre imprezy – możecie mieć pewność, że makijaż spryskany All Nighter nie spłynie nawet po całonocnej wiksie w zatłoczonych klubach. Nie bez przyczyny nadano mu właśnie taką nazwę, choć świetnie sprawdza się również w dzień. Jeśli planujecie sesję od świtu do zmierzchu upalną letnią porą, All Nighter sprawi, że nie będziecie musiały pomykać do toalety co rusz to, by sprawdzić stan swojego makeupu.

Serio, sprawdźcie na własnej skórze, ten produkt to sztos. Choć nie pachnie najpiękniej, wygląda tak sobie i jest nieco drogi (ale i wydajny), to wciąż wart jest Waszego zachodu i pieniędzy.

Moja ocena: 9/10

Odejmuję punkt za zapach. I za opakowanie, które mega łatwo się brudzi, zwłaszcza gdy po skończonym makeupie chwytamy je paluszkami we wszyskich kolorach tęczy.

Cena: 159 zł.

ZOEVA MAKEUP ARTIST ZOE BAG (ZESTAW 25 PĘDZLI + TORBA WIZAŻYSTY)

pędzle od Zoeva

Pędzle od Zoeva. A konkretnie jeden set, który idzie w parze z czarnym etui przypominającym dużą męską kosmetyczkę. Zestaw zawiera 25 pędzli, będących jazdą obowiązkową dla każdego, kto ma cokolwiek wspólnego z makeupem. Poczatkujące i zaawansowane, wizażystki i amatorki – ten set jest dla Was. Powiem tak: nawet z najbardziej opornej kolorówki da się wyczarować coś w miarę fajnego przy użyciu odpowiednich narzędzi i jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że dobry pędzel bywa często ważniejszy niż dobry kosmetyk.

Jeśli wahacie się, czy warto wydać ponad 7 stów na taki zestaw (co w pełni rozumiem) to pozwolę sobie śmiało rozwiać Wasze wątpliwości: WARTO. Nawet jeśli nie jesteście profesjonalistkami. Zwłaszcza jeśli nimi nie jesteście. Dzięki pędzlom od Zoeva, wyczarowałam już niejeden makijaż, z którego byłam dumna, a sam proces tworzenia pozbawiony był frustracji, która towarzyszyła mi wielokrotnie wcześniej.

Tak Kochani, Zoeva stworzyła pędzle idealne: świetnie wyważone, o idealnym kształcie i do tego bardzo ładne, które dla wszystkich niewprawnych będą mega pomocą, a i wprawnym bardzo ułatwią życie. Mam oczywiście swoich ulubieńców: 105/ Luxe Highlighter, do precyzyjnego nakładania rozświetlacza, 222/Luxe All Over Shader który pozwala jednym ruchem nałożyć cień bazowy na całą powiekę, 228/ Luxe Crease, który idealnie rozprowadza cień w załamaniu powieki, 237/ Detail Shader, świetny do podkreślenia cieniem dolnej linii rzęs, 234/Luxe Smoky Shader, który poradzi sobie z najbardziej opornym brokatem oraz oczywiście 142/ Concealer Buffer, ratunek w przypadku wpadki, gdy chcemy rozblendować mały lub większy fuckup.

Moja ocena: 10/10

Cena: 740 zł.