Błysk, diamenty, jednorożce. Skóra niczym droga mleczna, we włosach tysiąc gwiazd, na rzęsach gwiezdny pył. Usta w macie (zachowajmy pozory przyzwoitości) lecz powieki toną w błyszczącym pigmencie. Czy któraś z Was (poza mną rzecz jasna, samozwańczą Glitter Queen) odnajduje w tym opisie siebie? Jeżeli tak, witajcie w moim gangu: Hardcore Glitter Badass Bitches From Hell 🙂 

Dla wszystkich z Was, które kochają brokat tak jak ja mam kilka pozycji, które każda szanująca się Glitter Bitch powinna mieć w swojej toaletce 🙂

GOSH WATERPROOF EYESHADOW BASE 001 MATT

Zacznę od produktu średnio sexy, jak majtki wyszczuplające pod sukienką Diora, czy wkładka żelowa w szpilkach Louboutina. Każda Glitter Bitch powinna go mieć, choć ani to ładne, ani ciekawe. Królowe Brokatu średnio obchodzą rozwiązania praktyczne, chodzi przecież tylko o to, by dobrze wyglądać, wygoda to rzecz absloutnie… siódmorzędna.

Dobra baza pod cienie jest jednak elementem niezbędnym, bez której nasz makijaż zamieni się w nieświeży kogel-mogel, zwłaszcza jeśli planujemy zatopić powieki w pięciu warstwach brokatowych cieni. Baz pod cienie jest mnóstwo, od bardzo tanich po bardzo drogie, ja jednak od dawna wierna jestem tylko jednej z wyższej drogeryjnej półki.

Wodoodporna baza marki Gosh, choć nie jest wdzięcznym kosmetykiem – brzydko pachnie i ciężko się rozprowadza – idealnie spełnia swe zadanie: brokatowe cienie trzymają się powieki nie osiadając w dolinie łez, czy zmarszczkach pod oczami, a jej biała barwa sprawia, że ich kolory stają się bardziej intensywne.

Kosmetyk zamknięto w czarnym matowym opakowaniu ze srebrno-białym napisem i nadano mu formę sztyftu o formule gęstej i tępej, przez co ciężko go wyczuć i równomiernie rozprowadzić. Elementem problematycznym jest również zapach, przypominający trochę woń aptecznej maści Linomag, którą mamy aplikowały nam w dzieciństwie na zajady (niektóre z nas wolałyby zapewne, żeby wspomnienia dziecięcych chorób nie wracały akurat wtedy, gdy w kusych sukienkach i szpilkach idziemy na podbój miasta)… Jednak mimo tych dwóch trudnych cech, baza Gosha jest najlepszą z wszystkich, które miałam okazję testować. Tylko ona jest tak wytrzymała i spełnia swą funkcję tak rzetelnie nie pozwalając opaść ani jednej błyszczącej drobince.

I teraz… chwila gorzkiej prawdy. Otóż, z jakichś przyczyn (czy jest nią wspomniany smrodek, czy też „wymagająca“ formuła) Gosh postanowił wycofać bazę z produkcji. Dla prawdziwych Badass nie będzie to jednak żadną przeszkodą, zwłaszcza że przyzwyczajone jesteśmy dostawać to, czego chcemy. Ain’t I right, Gals?

Jako osoba doświadczona w bojach o kosmetyki pozornie niedostępne (od paczek z odległych krajów przywożonych przez koleżanki koleżanek koleżanki, po godziny spędzone w sieci tylko po to, by zdybawszy ostatnią sztukę w najdalszych zakątkach globu, w obawie, że wydane pieniądze rozpłyną się bez śladu w wirtualnym świecie balansować na krawędzi zawału, przed którym w ostatniej chwili zawsze ratuje wizyta kuriera) powiem Wam jedno: nie ma rzeczy niemożliwych. Kosmetyk kosztuje ok. 40 złotych i jest wciąż dostępny w kilku internetowych perfumeriach o zagadkowych nazwach, które niestety wyleciały mi z pamięci, lecz które wujek Google bez trudu odnajdzie – kupiłam od razu pięć opakowań i zważywszy na to, że produkt jest bardzo wydajny, mam zapas na co najmniej rok.

CRYSTAL LASH TOP COAT OD ESTĒE LAUDER

Gwiazdy w butelce. To pierwsze o czym pomyślałam, widząc go na półce w Douglasie. Byłam pewna, że to błyszczyk, dopóki nie wczytałam się w opis. Co ciekawe, aplikator zwieńczony ściętą gąbeczką, w niczym nie przypominał tych od tuszy. Jakieś dwa dni wcześniej testowałam brokatową maskarę od Yves Saint Laurent w pięknym odcieniu ciemnego srebra, która złamała mi serce. Nie dość, że brokatowe drobinki były ledwo widoczne, a tusz sam w sobie, w zagadkowy sposób sklejał rzęsy, sprawiając, że wyglądały na mokre, to jeszcze na sam koniec po chamsku mnie uczulił, fundując mi totalny heartbrake.

Wiecie już jednak, że łatwo się nie poddaje i nie spocznę dopóki nie osiągnę zamierzonego celu. Kontynuując poszukiwania brokatu idealnego trafiłam tego pamiętnego piątku do Douglasa, sięgnęłam po buteleczkę Estēe Lauder i gdy sprzedawczyni, która zastygła w pełnym napięcia oczekiwaniu spojrzała na mnie pytającym wzrokiem odparłam: Muszę się zastanowić. Dacie wiarę?! Muszę się zastanowić! Ja, specjalistka od kompulsywnych zakupów, których (niestety) nigdy nie żałuję, musiałam… pomyśleć?! Do dziś nie wiem skąd naszła mnie ta nagła chęć refleksji, ale powiem Wam jedno: myślenie jest przereklamowane, a refleksyjna natura przysparza cierpień. Gdy wróciłam do sklepu po chwili głębokiej zadumy, przywitał mnie szybki konkret: kupiła go przed chwilą INNA pani (przyznam, że przyszedł mi wtedy na myśl nieco bardziej soczysty epitet), seria limitowana oraz dostawy nie będzie.

Wszystkim z Was znany jest na pewno ten chytry mechanizm: im bardziej czegoś nie ma, tym bardziej tego chcemy. Jestem z natury uparta, ale czasem potrafię zaskoczyć nawet samą siebie. To właśnie był ten moment. W poszukiwaniu upragnionego brokatu do rzęs, zjeździłam Warszawę wzdłuż i wszerz, od Bielan po Kabaty, by na skraju załamania nerwowego trafić do butiku Estēe Lauder w Galerii Mokotów na 10 minut przed zamknięciem. Tam właśnie czekał na mnie ON… Z westchnieniem ulgi chwyciłam przedostatni flakonik gwiezdnego płynu, ostatkiem sił powstrzymując się by nie kupić jeszcze jednego na zapas i cały wieczór spędziłam poddając go rozmaitym testom.

Brokatowe drobinki Crystal Lash Top Coat mają chłodny niebiesko-zielonkawy połysk i pięknie się komponują z każdym kolorem tuszu. Moją ulubioną bazą jest oczywiście klasyczna głęboka czerń, ale o dziwo maskara w odcieniu zjadliwego kobaltu, różu (tak, mam taką!) i turkusu również świetnie się sprawdza. Najgorzej wypada brąz, który w zagadkowy sposób tłumi brokatowy blask.

Gwiazdy w butelce idealnie nadają się na imprezę, a dla tych z Was, które, tak jak ja, nie boją się odważnego looku – również na co dzień. W zależności od kąta padania światła są subtelne i eleganckie lub krzykliwe i wyraziste. W pełnym słońcu zdobią rzęsy tysiącem iskier (niewiarygodny efekt! ) a w nastrojowym półmroku pobłyskują delikatnie niczym kryształki przy pałacowych kandelabrach.

Crystal Lash Top Coat to kosmetyk nieperfumowany o bardzo krótkotrwałym i nieinwazyjnym zapachu kleju do papieru (serio, wyjmując aplikator czuje się trochę jak w podstawówce na lekcjach plastyki 🙂 ). Świetnie trzyma się rzęs (nie trzeba dokładać) i jeśli nie będziecie używać go dzień w dzień, starczy na długie miesiące. Piękne granatowe opakowanie z ciężkiego plastiku wieńczy złota metalowa nakładka, a aplikator, tak jak wspomniałam, zakończony jest gąbeczką typową dla błyszczyków.

Jest to jeden z najcudniejszych produktów w mojej toaletce, który potrafi dodać niesamowitego wdzięku każdemu typowi makijażu. Kosztuje ok 140 zł i dostępny jest jeszcze w niektórych zagadkowych perfumeriach w głębinach internetu, do których dotrą tylko najwytrwalsze z Was. Ale wiem przecież, że prawdziwa Glitter Badass Bitch zrobi wszystko, żeby go mieć 🙂

PALETA MOONDUST OD URBAN DECAY

Ciężka szara kasetka skrząca się milionem srebrnych drobinek i zdobiona tłoczonym napisem Moondust skrywa w sobie 8 brokatowych cieni w kosmicznych, głębokich wielowymiarowych kolorach.

Urban Decay to jedna z moich ukochanych firm i właściwie każdy produkt, który miałam okazję testować, okazywał się bezapelacyjnym sztosem. Kosmetyki UD dopracowane są bowiem pod każdym względem, począwszy od przepięknych opakowań (pancerne metalowe kasety cieni NAKED, ogniste pudełko HEAT, czy kwadratowe opakowanie Naked Ultimate Basics zdobione wiązką rzeźbionych promieni) a skończywszy na jakości, doborze kolorów i ich niesamowitej pigmentacji. W moim osobistym rankingu konkuruje z nimi jedynie rozkoszne Too Faced i seksi Huda. Powyższe fakty i moja kompulsywna natura, doprowadziła mnie pewnego pięknego dnia na skraj bankructwa, kiedy ostatniego dnia miesiąca zobaczyłam paletę Moondust w Sephora, do której wstąpiłam jak zwykle tylko po to, żeby popatrzeć.

Było to półtora roku temu, kiedy dopiero zaczynałam swoją przygodę z blogiem i Instagramem, a o makijażu wiedziałam tyle co nic. Błyskotki jednak od zawsze były moją słabością i widząc ten wielobarwny księżycowy pył zamknięty w pięknym pudełku od razu wiedziałam, że będzie mój.

Przez pół roku leżał nietknięty w toaletce, aż pewnego ranka stwierdziłam, że jestem ready. Wyciągnęłam swoje ulubione pędzle i wzniecając chmurę brokatu w pięć sekund przeistoczyłam się w… błyszczącą pandę. Tak, przyznam się, zrobiłam to – jestem jedną z tych bezmyślnych osób, które postanowiły zaaplikować Moondust pędzlem… Kto próbował ten wie, czym to grozi, bo cienie Moondust nakłada się palcem.

Raz tylko zrobiłam eksperyment i wykonałam cały makijaż przy użyciu tej paletki – wyglądał obłędnie, choć potwornie się przy tym namęczyłam: cienie zlewały się na powiece w jedną wielką plamę, i dopiero przy użyciu odpowiedniej ilości korektora udało mi się oddzielić jedne od drugich i zmalować cudowne smokey eye. Generalnie jednak stosuje Moondust jako wykończeniówkę, nadając imprezowym lookom brokatowy błysk: cieni jest tylko 8, lecz ich barwy są tak wielowymiarowe, że zaprzyjaźnią się z każdym kolorem cienia podstawowego. Nakładane palcem nie osypują się i są tak niesamowicie wydajne, że moja paletka po ponad roku użytkowania wciąż wygląda jak nowa.

Cały charakter kosmetyku nawiązuje do księżycowego krajobrazu, począwszy od nazwy i wyglądu opakowania, a skończywszy na kolorach i nazwach cieni: Specter (cudowny złotopudrowy róż), Element (siena palona z elementami różu, pomarańczu i złota), Magnetic (przepiękny skrzący fiolet), Lightyear (zieleń z niebieskim połyskiem), Granite (skrzące srebro), Lithium (srebro wpadające w brąz), Vega (głęboki gwiaździsty granat) i mój ukochany, bezkonkurencyjny Galaxy (szarość wpadająca w błękit).

Dzięki Moondust wszystkie Glitter Queens będą mogły nadać każdemu makijażowi jaki zmalują wymarzone brokatowe wykończenie, bez konieczności kupowania tysięcy osobnych brokatowych cieni w konkretnych kolorach. Wystarczy kilka (niektórym kilkadziesiąt, nie wskazując palcem, bo musiałabym wskazać na siebie) klasycznych paletek i Moondust, żeby stworzyć miliony różnych skrzących się looków.

Kosmetyk dostępny jest w naszej dobrej swojskiej polskiej Sephorze (jako jedyny z pośród bohaterów tego postu) za 269 zł, i choć cena ta niektórym może wydać się wysoka, to uwierzcie, że gdybym kosztował dwa razy tyle, i tak byłby mój.