Zawaliłam straszliwie. Nie chcę się usprawiedliwiać i tłumaczyć, ale obiektywnie stwierdzić mogę, że winny jest tu Jeremy Scott (niech się wstydzi teraz) który postanowił wejść we współpracę z H&M.

Gdyby nie on, przespałabym całą noc, zamiast stać od wczesnych godzin porannych pod drzwiami sklepu przy Marszałkowskiej czekając na premierę kolekcji Moschino & HM, która odbyć się miała o barbarzyńskiej 8 rano i nie spóźniłabym się na trening. Wszyscy zorientowani w temacie wiedzą dobrze, że brak odpowiedniego miejsca w kolejce dostarcza w przypadku kolekcji KTOŚ dla H&M silnych emocji, na które zdecydowanie nie byłam gotowa.

 DAMIAN ZAPART VS JEREMY SCOTT

Do tej pory serce staje mi w gardle na myśl o pustych wieszakach i ludziach stojących przy kasie z rzeczami, które miały być MOJE, a oczami rozszalałej wyobraźni widzę bolesne rozstanie z upragnioną torebuniunią, złotą kurtką i klipsami, które ktoś zgarnia mi sprzed nosa.

Z torebuniunią (wierzcie mi, to najmniejsza torebka jaką w życiu widziałam, ale jednocześnie absolutnie zachwycająca) akurat faktycznie się rozminęłam mimo wielu godzin bez snu i miejsca blisko drzwi– ktoś jednak był szybszy. Może spał więcej i miał refleks w normie. W przeciwieństwie do mnie. A z resztą. Na co mi kolejna torebka? Do tego tak mała, że nie mieści się w niej najważniejsze narzędzie mojej pracy, iPhone 8 Plus. I ciężka. Dlaczego ona taka ciężka. I taka mała. Mała i ciężka. Ciężka i za mała. Bez sensu. Fuj. Uff, coś czuję, że zbawienny syndrom wyparcia już za chwilę stanie się moim udziałem…

Lecz o ile marzenie o posiadaniu najpiękniejszej torebuni świata zostało brutalnie zduszone w zarodku o tyle złota kurtka skrzyła się dumnie na wieszaku czekając na mnie i tylko na mnie… Tak jak i złote klipsy, pasek, bransoletka… Damn you, Jeremy Scott, co za pomysł, żeby takie rzeczy projektować i uczciwych ludzi zmuszać, by owoc pracy swojej na błyskotki nic nie warte wydawali. W piekle smażyć się będziesz, amen.

Więc, jak już wspomniałam – zawaliłam straszliwie. Otóż odsypiając wielogodzinny hardcorowy shopping zaspałam do lekarza i spóźniłam się na trening, który odbyć się miał o 10 rano, ale w efekcie nie odbył się wcale,bo przyjechałam na ostatnie 15 minut.

W zasadzie mogłam odpuścić już zupełnie zamiast tłuc się w ten zimny jesienny dzień na siłownię, tylko po to żeby chwilę posiedzieć na kanapie w korytarzu. A jednak nie dałam za wygraną i pojechałam, bo musicie wiedzieć, że nawet 15 minut z Damianem jest fajniejsze niż Damiana brak 🙂

JAK GRZESZYĆ TO TYLKO Z DAMIANEM

To, co sprawia, że Damian ( https://www.facebook.com/damian.zapart.58) jest tak dobrym trenerem to nie tylko jego znajomość tematu i doświadczenie, o których pisałam we wcześniejszych artykułach, lecz właśnie fakt, że relacja, która łączy go z klientem, jest tak niewymuszona, przyjacielska i szczera. Jego pozytywne nastawienie do życia sprawia, że nawet kwadrans spędzony na niezobowiązującej rozmowie daje zastrzyk energii na cały dzień.

Damian podchodzi indywidualnie do każdego, nie ocenia, jest wyrozumiały wobec słabości i motywuje do działania. Wyczuwa, kiedy mam gorszy dzień, a kiedy mogę dać z siebie wszystko, kiedy powinien odpuścić, a kiedy przycisnąć. To między innymi ten rodzaj empatii buduje tak silną więź pomiędzy nim a jego podpiecznymi.

Właśnie. W zasadzie słowo podpieczny, kumpel bardziej pasowałoby tu niż zwykłe suche określenie klient. Bo z Damianem jestem w stanie rozmawiać o wszystkim jak z przyjacielem: ciuchach, kosmetykach, dobrym jedzeniu, ba! nawet słodyczach, ponieważ Damian ma do żywienia podejście absolutnie zdroworozsądkowe: świąteczny makowiec, czy tort urodzinowy są dozwolone, a wręcz wskazane, bo przecież małe grzeszki to rzecz konieczna, żeby nie zwariować.

PLOTKI PRZY KAWIE TO TEŻ TRENING

Z resztą w przypadku jakichkolwiek wątpliwości, Damian jest pod telefonem cały czas, gdy najdzie Was nieodparta chęć na hamburgera wystarczy, ze odpalicie Messenger i zapytacie czy… drugi cheat meal albo trzeci… na pewno wchodzi w grę? Pamiętajcie jednak, że Damian potrafi być surowy i w momencie, kiedy zaczniecie przeginać, szybko postawi Was do pionu. Zasady są jasne, ćwiczymy po to, żeby osiągnąć efekt, to, co stoi na przeszkodzie w drodze o celu, szybko trzeba wyeliminować.

W swym dążeniu do zamierzonych efektów Damian jest niezwykle konsekwentny. Stosuje tylko naturalne metody, bez sztucznych „dopalaczy” i drogi na skróty. Zwraca wielką uwagę na technikę wykonywanych ćwiczeń biorąc pod uwagę indywidualne tendencje do kontuzji, a jego jedenastoletnie doświadczenie i szeroka wiedza (pięcioletnie studia AWF i rozmaite stacjonarne kursy i szkolenia) pozwalają mu na pracę z klientami o takich schorzeniach jak np. dyskopatia (tak tak, zaliczam się do ich grona…)

Tak więc owego beznadziejnie zimnego szaroburego dnia, po nieprzespanej nocy, gdy miłość do Jeremiego Scotta pozbawiła mnie resztek zdrowego rozsądku, poszłam posiedzieć sobie na kanapie z Damianem i poplotkować nad kubkiem ciepłej kawy złapanej w kawiarni na rogu. Tak to się kończy, kiedy wasz trener staje się jednocześnie dobrym kumplem. A tego Wam z całego serca życzę 🙂