No i stało się. Wychodzę za mąż.

Już od dłuższego czasu wiedziałam, że do tego dojdzie, ale kilka miesięcy temu czas nagle przyspieszył i muszę przyznać, że poczułam się mocno zaskoczona faktem, że już za półtora miesiąca będę mężatką.

Planujemy nasz ślub od około roku i jeszcze kilka miesięcy temu wydawało mi się, że mamy mnóstwo czasu na organizację. Nic bardziej błędnego, bo czas, pojęcie względne, nagle postanowił, że będzie płynąć szybciej niż zwykle, rzucając Arka i mnie w samo serce cyklonu, każąc nam pędzić przed siebie bez tchu i tonąć w nieogarnialnym chaosie.

Tak więc, od około trzech miesięcy trwa nasz puchaty przedślubny pudroworóżowobezowy hardkorek, który, choć momentami stresujący, daje nam mnóstwo radości i szczęścia, i który przedstawię Wam tu w krótkich odcinkach.

ODC. 1 ZAPROSZENIA

Postanowiliśmy zrobić je sami. Bo rzeczy spersonalizowane zawsze niosą ze sobą większy ładunek uczuć i emocji niż te z szablonu. Jeśli kiedykolwiek będziecie zastanawiać się nad tym, czy kupić zaproszenia gotowe, to powiem Wam, że już lepiej wypisać je własnym długopisem na ładnej papeterii niż zamawiać od sztampy, choćby nie wiem jak piękne były te zlote liście i jednorożce. My mamy to szczęście, że świadek Arka jest grafikiem, a i mój narzeczony ma całkiem niezłe oko, więc wspólnymi siłami zaprojektowali cudne zaproszenia, na których znalazło się miejsce na osobistą notkę dla każdego z gości.

Nie powiem, kusiło nas przez chwilę, żeby oddać śliczne błyszczące kartoniki w ręce kaligrafki bądź kaligrafa i nie kalać ich własnym koślawym pismem, jednak szybko zmieniliśmy zdanie. Skoro ma być osobiście i od serca, to niech tak będzie w każdym calu, prawda?

Kupiliśmy pióro do kaligrafii LAMY – polecam wszystkim laikom, którzy tak jak ja nigdy nic wspólnego z kaligrafią nie mieli, świetnie się prowadzi i jest bardzo wyrozumiałe – różowe naboje oraz koperty pod kolor zaproszeń i zaczęłam gryzmolić dedykacje i adresy.

Pomyślcie tylko jakie to wyzwanie wypisać 350 zaproszeń i adresów niewprawną ręką 🙂 Czułam się naprawdę wspaniale stawiając mu czoło i widząc, jak moje niepewne literki z każdym kolejnym podejściem układają się w coraz zgrabniejsze słowa. Co więcej, niesamowitą radość dawało mi tworzenie króciutkich indywidualnych dedykacji dla wszystkich zaproszonych, nawet samo Kochani Panie Michale i Czarku, czy Kochani Liwio, Kasprze i Diano sprawiało, że moje serducho tańczyło z radości na myśl o spotkaniu każdego z naszych gości z osobna w tym cudownym dniu.

Na pewno byłoby nam prościej rozparcelować bezimienne zaproszenia do kopert i wysłać wszystkim jak leci. I prawdopodobnie część naszych przyjaciół dostanie zaproszenia grubo po terminie RSVP, bo nie wyrobiliśmy się na czas 🙂 Jednak ten rytuał wewnętrznych spotkań z każdym z nich z osobna, zwieńczony kilkoma słowami na błyszczącym kartonie, jest czymś, czego nie oddałabym za nic, nawet w imię dotrzymywania dat i terminów, choć sami wiecie jak bardzo nie lubię się spóźniać.