Od brudnego chaotycznego Wood Green, z jego fascynującą wielokulturowością i gwarem do późnych godzin nocnych, po piękne jasne Notting Hill pełne turystów, aktorów, celebrytów i lokalnych bogaczy. Od ciasnych pokojów w akademiku, którego zakratowane okna i telewizor w klatce przypominały o tym, że kiedyś był pilnie strzeżonym zakładem poprawczym, po wiktoriańskie korytarze i bogato zdobioną jadalnię hotelu przy Queensway. Poznałam Londyn jak żadne inne miasto i pokochałam jak własny dom, tylko po to, by wracając do Polski za każdym razem budować go na nowo ze zlepku wspomnień i emocji.

Nasz nieprawdopodobny bogatodekorowany hotel przy Notting Hill

Mój Londyn jest bajkową krainą, miastem marzeń, miejscem, które często odwiedzam w snach nadających wspomnieniom kolejnych wymiarów. Mój Londyn to fantastyczny konstrukt składający się z uczuć i snów oraz rozmaitych sensorycznych doznań, głównie zapachów i smaków; słów i zwrotów wywołujących wzruszenie i uruchamiających tęsknotę, która zalewa serce jak wezbrana fala, tylko po to, by za chwilę opaść i pozostawić po sobie delikatne uczucie piekących spojówek.

Oxford Street nocą, przed późnymi zakupami w Selfridges, domu handlowym o najpiękniejszych wystawach, jakie widziałam w życiu. W tym roku Selfridges oddało swoje witryny artystom, którzy zamienili je w mini galerię sztuki

Przedziwna jest moja relacja z tym miastem, coś na kształt schulzowskiego ciągu połączonych korytarzy, bądź rodzaju emocjonalnej incepcji; smak byriani zamówionego w jednej z pakistańskich restauracji w Southall przenosi mnie o 7 lat wstecz do kuchni w akademiku przy Wood Green, której wspomnienie teleportuje mnie natychmiast do biblioteki pełnej książek o kinie indyjskim i DVD z filmami Bollywood (do tej pory czuję zapach tanich plastikowych pudełek) tylko po to by za chwilę rzucić mnie w tłum ludzi płynących rwącą rzeką przez Camden Town, gdzie widzę swoich przyjaciół, którzy idąc w objęciach i śpiewając bollywoodzkie piosenki, dają mi w prezencie kawałek swojej ojczyzny.

Camden Town, jedno z moich ukochanych miejsc. Po mojej prawej stronie znajdował się butik, w którym pracowałam, i który potem spłonął w pożarze części Camden Market

Prawdopodobnie nikt z Was nie oglądał indyjskiego filmu pod tytułem Rang De Basanti przetłumaczonym na polski jako Kolor szafranu, opowiadającego historię bardzo smutną, która – rzecz rzadko spotykana w indyjskim filmowym mainstreamie – bynajmniej nie kończy się happy endem. Jeżeli miałabym z czymkolwiek porównać uczucie, które towarzyszy mi przy okazji wycieczek do Londynu, to właśnie do sceny końcowej owego obrazu, kiedy słyszymy z offu głos głównej bohaterki: Często tu przychodzę, jak za starych czasów. I zdarza się, że słyszę głosy niesione przez wieczorny ciepły wiatr. Nie słowa, tylko radosny śmiech.

Przepiękna Portobello Road podczas sobotniego marketu

Nie będę więcej pisać, zostawię Was z moim bajkowym Londynem, wciąż rozbrzmiewającym śmiechem ludzi, którzy odcisnęli trwały ślad w moim sercu, a których los rzucił potem tak daleko ode mnie i wciąż pełnym miejsc, które przestały być moje, ale które na zawsze pozostaną częścią tej sennej krainy którą zbudowałam ze strzępków tego co rzeczywiste i wyobrażone.

Wszystkie zdjęcia zrobiłam w aplikacji Huji, która dzięki przepięknym filtrom ala lata 90. idealnie oddaje poczucie odrealnienia towarzyszące mi podczas londyńskich wędrówek. Robiąc foty w Huji patrzymy przez małe okienko symulujące wizjer w najprostszym aparacie na klisze, który niemal wszyscy z nas, urodzeni w latach 80., dostawali na komunię. Stąd urocza przypadkowość i niedoskonałość fot (obiekt fotografowany jest kiepsko widoczny przez okienko) i cudowna spontaniczność towarzysząca robieniu zdjęć.

China Town odkryte na nowo podczas wieczornej wędrówki po Soho

Moja kolejna ulubiona zakupowa ulica – Regent Street

A skoro już mowa o zakupach. Kiedy studiowałam w Londynie dom handlowy Selfridges był dla mnie czymś w rodzaju innego świata, zupełnie dla mnie niedostępnego. Teraz, kupując w nim parę swoich wymarzonych butów Gucci, miałam poczucie jakbym odhaczała jeden z punktów na swojej bucket liście

 

Soho nocą

 

Wnętrze rodem z Lyncha, Orange Buffalo przy Hoxton Square . Najpyszniejsze skrzydełka w Londynie

Neony przy Hoxton Square

Streetart przy Brick Lane, kiedyś ulicy stricte indyjskiej, teraz terytorium londyńskiej bochemy

 

Neony na Shoreditch

Southall

Fasady sklepów na Camden Town

Camden Market

Sławne tęczowe torty w cukierniach przy Brick Lane

Podczas jednego z wieczornych spacerów

Deszcz na Covent Garden

Burza nad Canary Wharf

Carnaby Street i jeden z jej ślicznych cukierkowych butików

Przepyszne indyjskie przysmaki w jednym z małych sklepików przy Brick Lane

Jedna z ulubionych indyjskich pyszności kupiona w piekarni na Southall

Brick Lane

Najpiękniejsze czekoladki w jednej z cukierni przy Brick Lane

Shoreditch

Przecudna bajkowa instagramowa cukierenka Peggy Porschen już gotowa na Wielkanoc

Typowy angielski pub przy jednym z naszych hoteli na Notting Hill. Pierwszego dnia zjedliśmy w nim najlepsze angielskie śniadanie na świecie