Są tacy, co nienawidzą świątecznego zamętu. Godziny spędzane w galeriach handlowych wśród błyszczących wystaw i choinek doprowadzają ich do szalu, palpitacji, łez, depresji i porzygu. Inni z kolei brylują wśród galeryjnych korytarzy niczym lwy salonowe i sunąc lekkim krokiem od butiku do butiku zanurzają się z lubością w pachnących nowością przestrzeniach sklepowych, które oślepiając ferią migoczących światełek mamią obietnicą pustej i lubieżnej świątecznej konsumpcji. Chyba nie muszę mówić do której grupy należę…. No bo przecież już chyba znacie mnie na tyle i wiecie, że… oczywiście do tej drugiej 😀

Może trochę wstyd przyznawać się do tego, że zamiast kontemplować cud boskich narodzin atmosferę świąt odczuwam głównie przepuszczając setki ciężko zarobionych złotych na prezenty, świąteczne kreacje i limitowane zestawy kosmetyków…które oczywiście muszę mieć. Bo są limitowane. Przecież. I już drugiej okazji na pewno nie będzie. Na pewno. Na stówę. Na milion procent. No bo co z tego, że za rok kosmetyki będą dokładnie te same tylko w innych opakowaniach skoro właśnie będą w innych opakowaniach, a opakowanie robi dużą różnicę, no i zawsze jest 1% szans, że ten tusz nie będzie jednak jakimś cudem już za rok dostępny, a nie mogę przecież ryzykować nawet w tym 1% że zabraknie go w mojej toaletce, poza tym potrzebuję go już, teraz, natychmiast! No i co jak za rok nie będzie już 20% zniżki w Sephora?! Co wtedy, ja się pytam, już chyba lepiej wykupić teraz cały asortyment na zapas niż ryzykować, że trzeba będzie kupować bez zniżki, bo potem będę żałować i w brodę sobie pluć, że nie kupiłam wtedy kiedy taniej było……..prawda?… PRAWDA??!!!

Ci z Was co zgodzą się ze mną… Tadam! Witajcie w klubie świątecznych zakupoholików! Ci, których strach obleciał i groza zdjęła, że do czynienia mają z wariatką, no cóż… może nie uciekniecie jednak, co? I doczytacie do końca, bo tak naprawdę, ten artykuł dedykowany jest głównie Wam: nie lubiącym tłoku, chodzenia po sklepach, wybierania, kupowania i już teraz, na miesiąc przed świętami, zmęczonym wszystkim co się z nimi wiąże. Jako doświadczony konsument świątecznych dóbr, postanowiłam ułatwić Wam sprawę niosąc dobrą nowinę na temat tego, co warto kupić pod choinkę i jak ogarnąć sprawę prezentów tak, by jednocześnie nie osiwieć, nie oszaleć i nie znienawidzić swoich bliskich. Ponieważ jestem absolutną i obsesyjną fanką kosmetyków, skupię głównie na nich, ale będzie też oczywiście trochę innych propozycji. A więc… zaczynamy!

1. ZESTAWY SEPHORA WINTER WONDERLAND

Czy jest tu ktoś, kto nie lubi lisów? No proste, że nie. Bo lisy kocha każdy. Zestawy Sephora Winter Wonderland to najsłodszy pomysł prezentowy ever – ich motywem przewodnim jest właśnie lis. I to nie byle jaki (o ile w ogóle jakikolwiek lis może być byle jaki ze swoją rudą puchatą kitą i spiczastym noskiem). To lis absolutnie bajkowy o pięknych długich rzęsach zamieszkujący różowe domki z kartonu i posiadający czarodziejską różdżkę w postaci gwiazdki na patyku. Patyk to kredka do oczu a magiczna gwiazdka to nic innego jak kasetka z cieniem do powiek lub złota musująca bomba kąpielowa w wersji mini.

Znajdziemy tu również bałwanka, składającego się z trzech kąpielowych kul, sole do kąpieli w postaci drobnych błyszczących kuleczek zamkniętych w pudełeczkach z szybką w kształcie choinki i sznureczkiem, który pozwala zawiesić je na prawdziwym drzewku. Są też lisie pilniczki i maseczka na noc w kształcie lisiego pyszczka, złota kosmetyczka na przybory do makijażu z uszkami, różowym noskiem i oczami o długich rzęsach, płyn do rąk i żel pod prysznic zamknięte w różowym, kartonowym domku o wysokich oknach i zaśnieżonym ogrodzie, błyszczyk i balsam do ust w gwiezdnej kasetce, paletki cieni do powiek z lisią podobizną i mnóstwo innych kosmetyków opakowanych w cudowne, słodkie i jednocześnie gustowne opakowania, które śmieją się do nas z półek rządkiem spiczastych nosków.

Zestawy nie są drogie, poza tym można też stworzyć własny, z pojedynczych kosmetyków z tej serii, dobierając je tak, żeby zmieściły się w Waszym budżecie. I nawet jeżeli budżet macie skromny możecie wyczarować przepiękny magiczny prezent, bo zachwyca tu wszystko, łącznie z żelem pod prysznic, czy kremem do rąk.

DOSTĘPNE W SEPHORA

2. TOO FACED BOSS LADY BEAUTY AGENDA

Wśród marek kosmetyków kolorowych w te Święta wygrywa Too Faced. Ich przepiękny cukierkowy zestaw Lady Boss Beauty Agenda. Best Year Ever 2018 jest idealnym prezentem nie tylko dla fanatyczek makijażu, ale dla wszystkich dziewczyn, które kochają róż, złoto, jednorożce i lubią czuć się jak małe księżniczki. Bo Lady Boss siedzi w złotej sukni na pudrowo różowym tronie, trzyma w ręku berło wysadzane słodkimi piankami, a na głowie ma koronę z karmelków. Nie muszę chyba dodawać, że pod drzwiami jej pałacu skrzącymi się tysiącem gwiazd, stoi jednorożec o różowej grzywie i zamiatając opalizującym ogonem wznieca tumany brokatu czekając, aż Lady dosiądzie aksamitnego siodła.

Wasza księżniczka otrzyma od Was w zestawie nie tylko przepiękną paletkę o tekturowej okładce uzbrojonej w magnez która skrywa 24 cudownie napigmentowane cienie, róż, bronzer oraz rozświetlacz, lecz również kalendarz makijażowy na 2018 rok (z dwoma stronami zabawnych naklejek do ponaklejania gdzie jej się żywnie podoba, zwłaszcza tam gdzie nie wolno – prawdziwe księżniczki mogą przecież zawsze robić to, na co mają ochotę) i dwie miniatury: pomadkę Sell Out z serii Melted Matte w przepięknym nudziakowym kolorze i najlepszy tusz w historii makijażu (kto go testował, ten wie, że prawdę prawię!) o jeszcze lepszej nazwie Better Than Sex (because it is…I guess… or at least you can compare those two…but sex will always lose… 😀 ).

Każda Lady Boss powinna mieć swój własny kalendarz, który pozwoli jej odpowiednio zarządzać świtą, planować kolejne bale, spisywać pomysły na kreacje oraz… na makijaż. Tę funkcję idealnie spełni zawarty w zestawie planer, w którym sporo miejsca poświęcono makijażowym tutorialom (oczywiście z użyciem produktów Too Faced), to-do listom, zabawnym nagłówkom i stronom na  osobiste notatki. Okładkę w kolorze pudrowego różu zdobi tłoczony złoty napis: „Don’t let today be a waste of makeup” – święte słowa. Planer i paletka zamknięte są w różowo złotym etui ze skóry ekologicznej wyposażonym w dwie kieszonki, lusterko w kształcie serduszka i złoty zamek z ozdobnym frędzelkiem, zaś cały zestaw zapakowany jest w piękne świąteczne prezentowe pudełko.

DOSTĘPNE W SEPHORA

CENA: 239 zł

3. ZESTAW ATELIER COLOGNE. MAISON DE PARFUM

Markę Atelier Cologne odkryłam dopiero w tym roku w trakcie swoich świątecznych sklepowych eskapad. Buszowałam w Sephora oddając się z pasją testowaniu kolejnych szminek i rozświetlaczy, gdy zauważyłam rządek ustawionych równo, kolorowych flakoników z mlecznego i przezroczystego szkła. Wyglądały pięknie: o prostej klasycznej linii, eleganckich etykietkach i ciężkich nakrętkach, z których część połyskiwała srebrno, inne zaś obleczone były matowym tworzywem przypominającym skórę. Od razu zobaczyłam w myślach toaletkę swojego dziadka: to wśród jego kosmetyków stał kiedyś podobny flakon, z grubego szkła, który dziadek otwierał tylko od święta roztaczając po domu magiczny, słodkawy zapach.

Otwierając kolejne buteleczki przy stoisku w Sephora, czułam dokładnie tę samą specyficzną nutę, która uruchomiła we mnie lawinę wspomnień. Bo Atlerier Cologne to nie zwykłe perfumy: to emocje i wzruszenia zamknięte w małych szklanych flakonach. Z resztą uczucie, a dokładnie miłość, leży u podstaw samej marki.

Stworzona przez Christophe’a Cervasel i Sylvię Ganter z Paryża, którzy w 2006 roku spotkali się w Nowym Yorku i zakochali w sobie bez pamięci, jest owocem ich wspólnych poszukiwań idealnego zapachu na bazie wody kolońskiej, będącej legendarnym klasykiem perfumiarstwa.  Tworząc linię Cologne Absolue (nieistniejący jak dotąd absolut wody kolońskiej) wykreowali gamę zapachów tak złożonych, zmysłowych i sugestywnych, że serce zalane falą wspomnień i emocji zaczyna szybciej bić. Stojąc przy stoisku, otwierając jeden flakon za drugim, czułam, że każdy z nich jest mi bliski i każdy opowiada kawałek mojej historii.

Zapachy podzielone są na damskie i męskie, ja jednak określiłabym je jako unisex. Wszystkie zawierają w sobie zarówno wyrazisty element męski jak i mocno wyczuwalny element kobiecy i między innymi właśnie to sprawia, że są tak wyjątkowe.

Ceny wahają się od ok 475 zł do 675 zł za 100 ml w zależności od zapachu, więc jest to prezent wysokobudżetowy, ale twórcy marki pomyśleli o innym rozwiązaniu: stworzyli zestaw Necessaire Azur zawierający 4 miniatury, po 4ml każda. Miniaturowe zapachy Manadarine Glaciale, Sud Magnolia, Figuier Ardent i Cedre Atlas w przepięknych kolorach pomarańczy, fuksji, turkusu i morskiego błękitu zamknięte są w ślicznym metalowym pudełku z dołączoną pocztówką z Paryża i kosztują 109 zł.

DOSTĘPNE W SEPHORA

CENA: 109 zł

4. HUDA BEAUTY LIP TIN. ZESTAW DO KONTUROWANIA UST

Vlogerka Huda Beauty, autorka kosmetyków kolorowych, których jestem absolutną fanką i właścicielka jednych z najpiękniejszych ust Instagrama kusi w te Święta kolejnym cudem. Jej mini zestaw do konturowania ust zamknięty w metalowej kasetce w kształcie rozchylonych warg zawiera trzy produkty: konturówkę, mini pomadkę Lquid Matte oraz rozświetlacz Lip Strobe również w miniaturowej wersji.

Zestaw występuje w trzech wariantach: 1. Pomadka oraz konturówka Trophy Wife z rozświetlaczem Shameless (brudny róż) 2. Pomadka oraz konturówka Muse z rozświetlaczem Angelik (piękny, instagramowy nudziak lekko wpadający w róż) i 3. Pomadka oraz konturówka Bombshell z rozświetlaczem Ritzy (jasny nude). Wahałam się pomiędzy zestawami 1 i 2, ale w końcu zdecydowałam się postawić na Trophy Wife.

Nie będę teraz opisywać szczegółowo kosmetyków Hudy (przygotowuję osobny post na ten temat), powiem tylko, że pomadka (jak wszystkie z serii Liquid Matte) trzyma się na ustach bardzo długo, zaś w połączeniu w Lip Strobe jej płaski mat nabiera głębszego wymiaru, przez co usta wydają się pełniejsze.

Konturowanie ust przy użyciu tych kosmetyków jest banalnie proste i jednocześnie daje spektakularny efekt, nie trzeba być więc zawodową wizażystką, żeby wyczarować wymarzony look.

Zestaw kosztuje 139 zł, wygląda przepięknie i jest świetnym prezentem zarówno dla dziewczyn zainteresowanych makijażem, jak i dla tych, które chcą w łatwy sposób zrobić  się na przysłowiowe bóstwo.

DOSTĘPNE W SEPHORA

CENA: 139 zł

5. ZESTAWY ŚWIĄTECZNE IRENA ERIS

W tym roku Sephorę zalała powódź świątecznych zestawów najróżniejszych marek.  Zarówno w sektorze kosmetyków kolorowych (od przepięknych setów pomadek, tuszy i paletek w stylu Too Faced, do których aż świecą się oczy, po pudełka zawierające niedbale dobrane miniatury), jaki i pielęgnacji  (od najróżniejszych zestawów kremów, w lepiej lub gorzej dobranych kompletach po bezsensowne kolekcje miniatur, którymi maźniemy się raz czy dwa, bo zaraz się kończą, a wydamy na nie więcej niż na jeden porządny pełnowymiarowy produkt).

Pamiętajcie, żeby nie zatracić się w świątecznym szaleństwie i zawsze kupować z głową. Świąteczne sety opakowane w brokatowe pudełka są bardzo kuszące, ale płacimy przecież głównie za ich zawartość, która nie zawsze odpowiada temu, co na zewnątrz.

Wśród wszystkich zestawów dedykowanych pielęgnacji, najbardziej spodobały mi się te od Ireny Eris. Nie zobaczycie tu brokatu, błysku i śnieżnych jednorożców, ale za to dostaniecie rzetelny zestaw świetnie dobranych kosmetyków w dobrej cenie. Sety obejmują każdą kategorię wiekową (od 35+ do 60 +), a jeden z nich uwzględnia również męską cześć klienteli.

Jako wielka fanka tej marki przetestowałam niemal każdy z proponowanych przez nią kosmetyków i mogę Was zapewnić, że tak dobrej w pielęgnacji w tak niskiej cenie nie dostaniecie nigdzie na polskim rynku.

DOSTĘPNE W SEPHORA

CENA: 119 zł wzwyż

6. ZESTAWY POMADEK NYX

Ku mojej rozpaczy NYX wypuściło w tym roku dwa gigantyczne zestawy mini pomadek (wcale nie takich znowu bardzo mini, bo stanowiących objętościowo ponad połowę oryginału), obok których nie byłam w stanie przejść obojętnie. Mówię tu oczywiście o Soft Matte Cream Vault II oraz o Liquid Suede Lip Cream Vault II.

Spędzały mi sen z oczu przez długie noce (zachowywały się jeszcze gorzej niż paletki Huda Beauty), aż w końcu pewnego piątkowego ranka, stwierdziłam, że dłużej na takie męki piekielne skazywać się nie będę. Zbyt podekscytowana, by grzebać w szafie, zarzuciłam na szybko zgrzebne dresiwo i rozczochrana, bez makijażu (sic!) udałam się pospiesznie w stronę Galerii Mokotów.

Traf chciał, że był to akurat Black Friday, przeceny opiewały na 20% i nieliczne argumenty „przeciw”, które kołatały jeszcze w części mózgu odpowiedzialnej za moje racjonalne myślenie, stopniały jak wiosenny śnieg. Pytanie „którą wybrać”, również nie doczekało się wystarczająco przekonującej odpowiedzi, dlatego wybrałam… obie…

Zestawy diametralnie się od siebie różnią. Soft Matte Cream Vault II zawiera aż 36 odcieni (w tym 12 zupełnie nowych)  nude, czerwieni i szarości, które idealnie nadadzą się do zachowawczego make upu na co dzień (choć można wyczarować nimi również odważniejszy look), za to Liquid Suede Lip Cream Vault II to absolutny kalejdoskop 24 róży, filetów, pomarańczy i niebieskości ( w tym 6 zupełnie nowych), przetykanych nudziakami dla zachowania równowagi, i odpowiednich dla śmiałków, którzy nie boją się eksperymentować z makijażem.

Pomadki mają różne krycie, niektóre trzeba nałożyć parokrotnie, żeby uzyskać pełne, ale możecie mieć pewność, że w kwestii trwałości nigdy Was nie zawiodą.

Sety wyglądają spektakularnie i cenę mają rozsądną (choć na pierwszy rzut oka wydaje się zaporowa) – w zestawie Soft Matte Cream Vault II pomadki kosztują jednostkowo ok 8 zł, zaś w Liquid Suede Lip Cream Vault II ok 12 zł. I podobnie jak w przypadku zestawu do konturowania Huda Beauty zestawy NYX (zwłaszcza zachowawczy Soft Matte Cream Vault II)  będą wymarzonym prezentem dla każdej dziewczyny, nawet dla tych, które malują się tylko czasami i od święta.  W końcu fakt, że „lipstick is girl’s best friend” to prawda znana nie od dziś, a bohaterka „Śniadania u Tiffany’ego” wiedziała co robi nigdy nie wychodząc z domu bez pomalowanych ust.

DOSTĘPNE W SIECI NYX STACJONARNIE I ONLINE

CENA: 299 zł

7. PIELĘGNACJA SANCTUARY SPA

Podobnie jak w przypadku Atelier Cologne, o którym pisałam nieco wyżej, u podwalin marki leży… miłość. Centrum odnowy biologicznej Sanctuary Spa, które pewien zakochany człowiek otworzył w 1977 roku w londyńskim Covent Garden w dowód nieskończonej miłości do swojej żony baleriny, dawało baletnicom z Opery Narodowej schronienie przed codzienną tremą oraz stresem i pozwalało na spokojną rekonwalescencję.

Linia kosmetyków o tej samej nazwie stworzona została jedenaście lat później przez grono terapeutów zainspirowanych formułami specyfików, których używano w tym niezwykłym miejscu. Jej bazą są drogocenne olejki, odżywcze masła i niezwykły, bardzo charakterystyczny, uzależniający zapach, dzięki któremu wyróżnia się wśród innych, będąc jedną z najbardziej uwielbianych marek SPA w Europie.

Równo rok temu Sancutary Spa pojawiło się w drogeriach Hebe i wysłało mi cudowną, pachnącą paczkę promocyjną. Pamiętam jak otwierając mus do ciała poczułam ten niezwykły, relaksujący zapach, który otulił mnie całą i rozsiadł się w kątach mojego mieszkania – to właśnie on sprawia, że wracam do tych kosmetyków i co najmniej jeden zawsze stoi na mojej półce.

Ich gama jest dość szeroka, od żelu pod prysznic po wodę toaletową i kremy przeciwzmarszczkowe, przy czym w Polsce znajdziemy przede wszystkim balsamy, peelingi i inne produkty do pielęgnacji ciała. Jako prezent, Sanctuary Spa sprawdzi się idealnie: opakowania są piękne, zapach oszałamiający, a marka wciąż w Polsce świeża i nieznana. Produkty możemy dobierać w zależności od upodobań i budżetu, wszystkie wyglądają i pachną cudownie, sprawiając wrażenie kosmetyków premium, mimo, że w rzeczywistości plasują się gdzieś pomiędzy wysoką, a drogeryjną półką. W te Święta zdecydowałam się na krem suflet pod prysznic (39,99 zł), płyn do kąpieli (49,99 zł) i delikatny scrub do ciała (69,99 zł) zamknięty w pięknym słoiczku.

DOSTĘPNE W DROGERIACH HEBE

8. SPERSONALIZOWANY NASZYJNIK LILOU

W biżuterii Lilou zakochana jestem od bardzo dawna. Jak chyba wszyscy jej fani, zaczęłam od obsesyjnego kupowania bransoletek składających się z linek i zawieszek, a skończyłam na kolczykach, pierścionkach i naszyjnikach. Z bransoletkami na linkach, które towarzyszyły mi od lat, i których nigdy nie zdejmowałam, zmuszona byłam rozstać się na lotnisku, podczas podróży z Turcji do Polski. Nieznoszący sprzeciwu wzrok strażniczki bramek bezpieczeństwa nakazał mi zwrócić się do współtowarzyszki podróży Diany z rozpaczliwą prośbą: „Błagam rozplątaj je, nie chcę przecinać tych sznureczków!”. Diana, jak to Diana, poradziła sobie w mgnieniu oka, ja natomiast schowałam bransoletki do kieszeni, tylko po to, by po powrocie rzucić je na kuchenny stół i nigdy więcej nie założyć.

Tak to często bywa, że rzeczy mające dla nas przez długi czas wielką emocjonalną wartość, nagle przestają mieć znaczenie. Bo gdyby nie emocje ukryte w małych srebrnych zawieszkach, po przejściu przez bramkę zacisnęłabym prawdopodobnie sznureczki na nadgarstkach, by nosić je przez kolejne lata. I tu właśnie, paradoksalnie, tkwi siła Lilou. W emocjach.

Twórcy marki nazywają swoją biżuterię talizmanami szczęścia, miłości, przyjaźni i wspomnień, zamkniętych w symbolicznym kształcie zawieszek – nieskończoność, anioł, wózek dziecięcy, czterolistna koniczyna – i wyrażonych poprzez spersonalizowany grawer. Biżuteria jest prosta, ma jednak w sobie niesamowity wdzięk i bezcenną możliwość customizacji w zależności od potrzeb (jeden kolczyk nosić można na trzy różne sposoby, lub rozebrać go na części i każdą nosić osobno). Jest nowoczesna i tradycyjna, grzeczna i odważna jednocześnie – to od nas zależy, jaki charakter jej nadamy. Te same kolczyki sprawdzą się jako dodatek do klasycznej małej czarnej, jak i uzupełnienie stylizacji z różowym futrem w roli głównej – w obu przypadkach wyglądać będą zupełnie inaczej i równie dobrze.

Lilou, biżuteria bardzo uniwersalna, podoba się niemal wszystkim, więc jako prezent jest 100% pewniakiem. Jest bezwiekowa: noszą ją i dorośli i dzieci, cenę ma rozsądną i ładne opakowanie, a odpowiednio dobrany grawer wywołuje miliony wzruszeń.

DOSTĘPNE W BUTIKACH LILOU I ONLINE

9. COUNTRY CANDLE „FIRESIDE”

Pamiętam jak moja siostra zapalając świeczkę Yankee Candle „Cosy by the Fire” powiedziała: „Wiesz dlaczego wszyscy je tak kochają? Bo one pachną taką… radością”. Odpowiedziała wtedy na pytanie, które nurtowało mnie od dłuższego czasu: dlaczego ludzie przy zdrowych zmysłach (w tym ja, przy w miarę zdrowych) są gotowi płacić ponad 100 zł za wosk w słoiku. Właśnie dlatego. Bo woń tych dwóch: Yankee i Country Candle to zapach radości.

Historia marki jest typowym Amerykańskim snem z kategorii „from rags to riches” lub biblijnej przypowieści. Wszystko zaczęło się w 1969 roku, kiedy szesnastoletni uczeń szkoły średniej, zbyt biedny, by kupić mamie świąteczny prezent, postanowił zrobić go sam. Stopił kilka czerwonych woskowych kredek i przy użyciu kuchennego sznurka oraz pustego kartonu po mleku stworzył świeczkę. Sąsiadka, świadek zdarzenia, postanowiła kupić ją od niego, zaś chłopak zainwestował świeżo zarobiony grosz w wosk, z którego zrobił dwie kolejne świeczki: jedną dla mamy, a drugą na sprzedaż. Tak właśnie narodziła się Yankee Candle. Mike zaczął kleić świeczki w swojej kuchni i z pomocą ojca, otworzył pierwszy sklepik, który w raz z upływem lat rozrósł się w sieć obejmującą obecnie 575 sklepów stacjonarnych i 35,000 punktów sprzedaży na całym świecie.

Świeczki zachwycają swoim zapachem niemal wszystkich: od vlogerek z milionami subskrypcji, po moją babcię z Bukowiny, dla mnie natomiast od kilku lat są emblematem szczęśliwych, rodzinnych Świąt. Wszystkie zapachy Yankee i Country Candle mają w sobie ten cudowny ładunek emocji o wspólnym mianowniku „radość”, a te świąteczne w szczególności. „Red Apple Wreath” pachnie rozgrzanymi jabłkami zdobiącymi bożonarodzeniowy wieniec, „Sparkling Cinnamon” to nic innego, jak aromatyczny cynamon który za chwilę oprószy świeżo upieczone ciasto, zaś absolutny hit „Cosy by the Fire”, którego niestety nie było w tym roku w moim ukochanym Yankee butiku na Saskiej Kępie, to woń grzanego wina, drewna wesoło trzaskającego w kominku i goździków.

W tym roku wybrałam nowy, nieznany mi dotąd zapach „Fireside” od Country Candle. Kadzidlany i trochę słodszy od „Cosy by the Fire” jednocześnie bardzo go przypomina, roztaczając radosną atmosferę rodzinnego ciepła. Country Candle różni się od Yankee nie tylko gamą zapachów, ale również budową: słoiki są smuklejsze, a świeczka ma dwa knoty, przez co spala się bardziej równomiernie i w całości, nie pozostawiając wosku na szklanych ściankach. Którą z nich wolę? Ciężko powiedzieć. Do Yankee Candle na pewno mam większy sentyment: to ją odkryłam jako pierwszą. Obie są równie dobre jakościowo, mają niemal identyczne etykietki i cenowo w zasadzie się nie różnią.

DOSTĘPNE W BUTIKACH YANKEE CANDLE STACJONARNIE I ONLINE

CENA: 109 zł

NA ZAKOŃCZENIE

Już za dwa tygodnie moja świeczka pojedzie ze mną w góry, gdzie jak co roku, usiądziemy do Wigilii w domu otoczonym świerkami skrzącymi się od śniegu i będziemy cieszyć się cudownym, rodzinnym czasem. Wam, życzę tego samego. Łapcie świąteczne chwile, które jak dobre wróżki przybędą Wam na ratunek, gdy ogarnie Was smutek. A tym z Was, którzy nie mają prawdziwych Świąt, i którzy czują się wtedy samotni, rozżaleni i źli, obiecuję, że prawdziwe, ciepłe Święta jeszcze kiedyś do Was przyjdą. A kiedy już Was znajdą, otulicie się nimi jak miękką puchową kołdrą i poczujecie się szczęśliwi, spokojni i bezpieczni.